sobota, 26 stycznia 2013

Rozdział 3 - Niespodziewana wizyta...



Jeżdżenie rowerem do pracy z pewnością można było uznać za wspaniały pomysł. Catherine była pewna, że ekologiczni fanatycy uścisnęli by jej dłoń, gratulując tak genialnego rozwiązania. Sama jednak przestała tę myśl uważać za godną pochwały. Gdy mieszkała u swoich dziadków i droga do pracy zajmowała jej dziesięć minut, poruszanie się rowerem wydawało się najsensowniejszym wyjściem. Dodatkowo, pracując w miejskiej knajpce, jako kelnerka mogła wsiadać na rower w swoich ulubionych jeansach niczym się nie martwiąc.
Teraz sytuacja prezentowała się nieco inaczej. Po pierwsze, droga do pracy zajmowała znacznie więcej czasu niżeli mogła to przewidzieć. Ciągłe zatrzymywanie się na światłach z pewnością było dobrą lekcją dla jej cierpliwości, jednak dziewczyna wolała takie praktyki odbywać po pracy. A jeżdżenie pod górkę i z górki, nawet po asfalcie było wykańczające. Po drugie, podróżując rowerem w spódnicy, z pewnością nie czuła się komfortowo. Catherine wydawało się, że każdy na nią patrzy, oceniając jej wygląd.
W końcu znalazła się pod budynkiem redakcji, jednak jej perfekcyjny strój nie był już taki perfekcyjny. Dziewczynie zdawało się, że cała jej twarz płonie, a poranne układanie włosów, nie miało najmniejszego sensu. Zaczęła się zastanawiać, co jest gorsze – podróżowanie z Lily i słuchanie tego, jak rozgryza swoje miętowe cukierki, nieznośnie hałasując przy tym papierkami, czy  wylewanie potów w drodze do pracy.
Postawiła swój niebieski rower przy barierce, po czym przywiązała do niego linkę zabezpieczającą i zapięła kłódkę. Szybkim ruchem zdjęła kolorowy kask, mając nadzieję, że nikt z redakcji nie zdążył go zauważyć. Zapewne nie był on najnowszym trendem mody.
Szybko wyjęła z koszyka torbę i popędziła do wejścia, łudząc się, że przyjechała na tyle wcześnie, by wejść do łazienki i poprawić swój wygląd. Nigdy nie należała do dziewcząt namiętnie sprawdzających kilka razy dziennie w lustrze, jak się prezentują, gdyż po prostu nie czuła takiej potrzeby. Teraz jednak musiała to zmienić i dowiedzieć się, czy naprawdę wygląda tak fatalnie, jak się czuje. Niestety była zmuszona porzucić myśl o porannej jeździe do pracy rowerem i wyobrażeniu, że w czasie podróży wygląda niezwykle dziewczęco, a jej ciemne włosy lekko rozwiane przez wiatr prezentują się znakomicie.
Gdy tylko pozbyła się rumieńców, ułożyła włosy i zmieniła wygodne baleriny na stanowczo zbyt wysokie czółenka, przeszła do swojego stanowiska pracy. Miała kilka minut spóźnienia, ale na jej szczęście Lucas Green jeszcze nie zjawił się w swoim gabinecie. Zaparzyła więc kawę, zarówno dla siebie, jak i swojego szefa i odebrała korespondencję. Jak się okazało, miała dzisiaj znacznie więcej do zrobienia niż w pierwsze dni swojej pracy. Jako, że Jack Brown zgodził się zainwestować w firmę swojego brata momentalnie na pracowników redakcji czekało wiele nowych obowiązków. Można więc powiedzieć, że Catherine trafiła do redakcji w najgorętszym okresie. Ale to jej nie przerażało. Co więcej, cieszyła ją myśl, iż będzie miała ręce pełne roboty i jakoś zapełni swój wolny czas. Miała również nadzieję, że praca uratuje ją od kilku wieczorów, które miała spędzić ze swoją tymczasową współlokatorką Lily Harrison na siłowni.
- Catherine, błagam cię, przynieś mi kawę – niespodziewanie doszedł ją głos Lucasa, który nagle przemknął obok niej, otwierając drzwi swojego gabinetu. – Mamy dzisiaj urwanie głowy – dodał wzdychając.
- Już się robi, szefie.
Dziewczyna szybko złapała filiżankę z kawą, którą zaledwie chwilę wcześniej zaparzyła Lucasowi, po czym przeszła za nim do gabinetu. Postawiła ją przed nim, uśmiechając się serdecznie. Była w redakcji zaledwie trzeci dzień, więc można było uznać, że wciąż znajdowała na okresie próbnym. Właśnie dlatego starała się wykonywać swoje obowiązki, jak najlepiej potrafiła, wiedząc, że nadal jest obserwowana i oceniana.
- Proszę, odwołaj moje wszystkie dzisiejsze spotkania. Przełóż je może na przyszły tydzień. Dzisiaj musimy się zająć sporządzeniem ostatecznych poprawek do rubryki i poprawieniem kilku dokumentów. Gdybyś odpuściła sobie dzisiejszy lunch i zamiast tego pomogła mi w kilku kwestiach, byłbym ci niesamowicie wdzięczny.
- Oczywiście – oznajmiła spokojnie, zupełnie nie dając po sobie poznać, że wolałaby w czasie wolnej godziny wyjść do pobliskiej kawiarni i coś zjeść. 
- Jesteś aniołem – powiedział z widoczną ulgą.
Catherine w odpowiedzi jedynie się uśmiechnęła, po czym wycofała się z gabinetu mając zamiar wypełnić wszystkie polecenia. Najpierw musiała zająć się wykonaniem kilku telefonów, co wbrew pozorom nie wyglądało tak niewinnie. Spotkania Lucasa bowiem rozciągały się przez cały dzień, gdyż w redakcji zajmował się nie tylko finansami, jak mówił jego tytuł, ale również po części administracją i reklamą. Z pewnością jego wkład w tę firmę był większy niż kogokolwiek innego. Dlatego Catherine czuła się dumna, będąc jego asystentką. Wiedziała, że w tej firmie to coś znaczy.
Po wykonaniu ostatniego telefonu sięgnęła przez biurko, chcąc złapać teczki leżące na jego brzegu. Musiała po raz kolejny przejrzeć umowy, które wydawały się dla Lucas priorytetem. Tyle że w tym samym momencie  niespodziewanie zadzwonił jej telefon, strasząc ją, przez co dziewczyna niechcący strąciła dokumenty.
- Cholera - jęknęła głośno, po czym szybko złapała swoją komórkę. Zdecydowanie była jedną z tych dziewcząt, która starała się zachowywać poprawny język. Nie tylko dlatego, że jej babcia nie tolerowała wulgarnego słownictwa, ale przede wszystkim chodziło o to, że każde nieco ostrzejsze słowo w jej ustach brzmiało po prostu zabawnie. Mniej więcej tak samo niedorzecznie, jakby przeklinała pięcioletnia dziewczynka.
- Tak, słucham?
- Zły moment? – Doszedł ją wesoły głos Lily Harrison.
- Lily. Stało się coś? – Zapytała od razu, nie mając zamiaru odpowiadać na zadane pytanie. Wiedziała, że jej odpowiedź zapewne niewiele  by zmieniła.
- Dzwonię, aby się upewnić, czy pamiętasz o naszym wieczornym wyjściu na siłownię. Mads twierdzi, że będziesz próbowała się z tego wykręcić. Oczywiście, powiedziałam mu, że jest w błędzie.
Cath westchnęła zrezygnowana, doskonale wiedząc, że teraz znacznie trudniej będzie jej się z tego wycofać.
- Lily, dobrze wiesz, że z chęcią bym poszła, jednak mam urwanie głowy w pracy i nie wiem, czy zdołam się stąd wydostać o przyzwoitej porze. Mną naturalnie się nie przejmuj. Idź poćwicz sama, śmiało.
- Czyli Daniel Mads jednak nie jest takim koszmarnym prorokiem, za jakiego go miałam. Ty naprawdę chcesz się wykręcić.
- Nie, nie chcę – zaprzeczyła szybko, instynktownie.
- Świetnie. W takim razie widzimy się wieczorem. Do zobaczenia.
I tak po prostu, rozłączyła się. Catherine z niedowierzaniem spojrzała na ekran swojego telefonu, nadal nie mogąc uwierzyć w to, z jaką łatwością Lily osiągnęła swój cel. Ledwo znała tę dziewczynę, a już przykleiła jej metkę największej manipulantki, jaką widział świat.
Zła - zarówno na siebie, jak i Lily - wstała zza biurka, by je obejść i pozbierać rozsypane dokumenty. Uklęknęła na podłodze, już teraz postrzegając ten dzień, jako kompletna katastrofę.

~*~

            Jack Brown z pewnością należał do mężczyzn, którzy dostają to, czego chcą. Był jednym z najbardziej majętnych osób w Atlancie i wciąż rozszerzał swoje udziały w wielu przedsiębiorstwach zarabiając przy tym kosmiczne sumy pieniędzy. Można powiedzieć, że miał nosa do interesów. Zawsze wiedział, co jest warte jego uwagi i ile powinien przeznaczyć na to swoich pieniędzy. Właśnie dlatego nie miał pojęcia, co go podkusiło, by zainwestować w redakcję swojego brata, skoro twierdził, że nie zarobi na tym zbyt wiele. Chociaż, gdyby dłużej się nad tym zastanowić, doskonale wiedział, co go podkusiło. Lub raczej kto.
            Nie rozumiał natomiast, jakim cudem dał się tak zmanipulować. Przyszedł na ten lunch w pełni świadomy, że będzie musiał powiedzieć swojemu bratu, iż nie ma zamiaru przeznaczyć nawet złamanego grosza na rozbudowę jego wydawnictwa, gdyż ma już dość bezsensownego wydawania pieniędzy na jego zwariowane pomysły. Nie miał zamiaru wysłuchiwać żadnej z jego propozycji. Widocznie jednak los chciał inaczej, bo przy jego stole posadził Catherine Jones – dziewczynę, która z pewnością głęboko zaszyła się w jego pamięci. Ich przypadkowe spotkanie w barze sprawiło, że pojawił się tam także następnego wieczoru, niby przypadkowo zaciągając tam swojego najlepszego przyjaciela i mając nadzieję na powtórne spotkanie z tajemniczą dziewczyną.
            Był niemal przyzwyczajony do tego, że kobiety rzucają mu się w ramiona. W Atlancie był rozpoznawaną osobistością, głownie dlatego, że wiele hoteli, restauracji, klubów należało właśnie do niego. Przyzwyczaił się, że kobiety próbują różnych sztuczek, by go do siebie zwabić. Tak więc dziewczyna, która nazwała go „palantem” i odrzuciła jego propozycję postawienia jej drinka, momentalnie wzbudziła jego zainteresowanie.
Podczas kolacji przyglądał jej się z wielką uwagą, chcąc ją rozszyfrować. Oczywiście, była piękna, jednak nie w ten sposób, do którego był przyzwyczajony. Nie była przesadnie umalowana i na pewno nie była typem kobiety, który zazwyczaj preferował. 
Wiedział, że za jej odważnym, lekko wyzywającym spojrzeniem kryło się coś więcej. Wciąż jednak nie mógł tego rozszyfrować. Z pewnością też nie zamierzał się poddać. Nie bez powodu przecież z samego rana przyjechał do redakcji swojego brata, wiedząc, że tam właśnie znajdzie dziewczynę odpowiedzialną za jego roztargnienie.
I znalazł - klęczącą na podłodze i zbierającą rozrzucone dokumenty. Naprawdę, próbował nie patrzeć na materiał spódniczki nieco napięty na jej pośladkach, ale to było silniejsze od niego. Starał się odwrócić wzrok, albo podejść do niej i jej pomóc, jak przystało na prawdziwego dżentelmena, ale jego stopy niespodziewanie wrosły w ziemię.
Gdy dziewczyna zaczęła podnosić się z podłogi, to szybko uniósł dłoń i zapukał w otwarte drzwi, prowadzące do niewielkiego pokoiku, w którym urzędowała. 
Dziewczyna szybkim ruchem odwróciła się w jego stronę, a gdy tylko rozpoznała stojącą w progu postać, znieruchomiała. Widocznie musiała uświadomić sobie, że stoi tutaj dłużej niż kilka sekund, bo na jej twarzy pojawił się delikatny rumieniec.
- Panie Brown – powiedziała, nie kryjąc zaskoczenia jego obecnością.
- Panno Jones – zawtórował, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
Catherine szybko odłożyła pozbierane z podłogi dokumenty na biurko, po czym założyła ręce za plecy, jakby zastanawiając się, jak powinna zareagować na pojawienie się tego konkretnego mężczyzny.
- Nie był pan umówiony na spotkanie, prawda?
- Nie byłem – przyznał bez wahania, ani na sekundę nie spuszczając z dziewczyny swojego przenikliwego spojrzenia. Patrzył dokładnie w jej oczy, zdając sobie sprawę, że zapamiętał je jako zielone. Teraz jednak przebijał się w nich kolor szary.
- Przyszedłem po dokładne zestawienie finansów za ostatni rok. Muszę się upewnić w sytuacji redakcji – kłamał jak z nut, z pewnością ciesząc się, że dziewczyna nie zauważa jego „drobnych” oszustw.
- Chyba nie chce się pan wycofać z inwestycji, prawda?
- Nie, skąd. Nie przeszło mi to nawet na myśl.
Kolejne kłamstwo.
- Jako inwestor muszę dowiedzieć się czegoś więcej na temat nowej rubryki.
- Oczywiście. To całkiem zrozumiałe.
- Dokładnie. Mam więc nadzieję, że znajdzie pani wolną chwilę w czasie lunchu na wprowadzenie mnie w ten temat.
Na twarzy Catherine pojawił się niespodziewany uśmiech. Uśmiech sprawiający, że jej dołeczki w policzkach się uwidoczniły. Uśmiech, który dowodził, że doskonale wie, jaką taktykę przyjął Jack Brown.
- Przykro mi, ale to niemożliwe. Jestem jednak pewna, że pan Green znajdzie chwilę czasu, by pana dokładniej wprowadzić w temat inwestycji.
- A co pani powie na dzisiejszy wieczór?
Był nieugięty. Zdeterminowany, by sprawić, że w końcu powie tak.
- Przykro mi.
Jack Brown mógł uwierzyć naprawdę w wiele, ale wiedział, że pannie Catherine Jones z pewnością nie jest przykro. Co więcej, był przekonany, że dobrze się bawi, odrzucając jego propozycję.
Gdy chciał już ponownie zaatakować, wysuwając w jej stronę kolejną propozycję, drzwi gabinetu się otworzyły.
- Catherine, przygotowałaś już może… - urwał, dostrzegając niespodziewanego gościa. – Panie Brown, cóż za niespodzianka... Mogę w czymś pomóc?
- Pan Brown jest zainteresowany rozmową o rozbudowie rubryki. Przyszedł po zestawienie finansów za ostatni rok, by przekonać się, że naprawdę chce zainwestować w naszą redakcję.
Jack zaczynał żałować swoich kłamstw. Z pewnością nie przewidział, że tak to wszystko się skończy.
- Och, tak, oczywiście – Lucas Green ewidentnie wydawał się być niezwykle zaskoczony jego wizytą, czego nawet nie starał się ukryć. Widocznie nie on jedyny wiedział, że takie niespodziewane spotkania z pewnością nie są w stylu Jacka. – Zapraszam do mojego gabinetu, panie Brown.


14 komentarzy:

  1. Podchody Pana Browna prawie doprowadziły mnie do łez. Coś widać, że będzie robił wszystko aby Catherine w końcu mu uległa. Ciekawa jestem jak do tego dojdzie i jak szybko. Liczę, że nie każesz nam za długo czekać.
    Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam tą ostatnią scenę ;) Catherine zyskała moje uznanie odmawiając pójścia na lunch. Niewątpliwie Jack jest przystojny i ma pieniądze ale czy on na prawdę myślał, że każda kobieta na to poleci?
    Z tym rowerem to faktycznie nie fajny pomysł jednak i po co dorosłej kobiecie kask? Czy na prawdę uważa, że ktoś ją niespodziewanie potrąci i rozbije sobie głowę.. chyba, że ja jestem taka nieostrożna. Rozdział świetny, przez to jak piszesz, mam kompleksy.. ale cóż nie każdy ma tyle talentu co Ty. Czekam na nowy rozdział i pozdrawiam. ;]

    OdpowiedzUsuń
  3. świetny ! piszesz w taki sposob ze z kazdym rodzialem chce wiecej i wiecej ! :D z niecierpliwościa czekam na kolejny <3 @Chealsy16

    OdpowiedzUsuń
  4. To się Jack zdziwił ;) Pewnie bardzo rzadko, co zresztą w sumie sam przyznał, ktokolwiek czegokolwiek mu odmawia. A tu pojawia się taka Catherine, która traktuje go obojętnie i z dystansem. W ogóle ta scena z jego i Catherine udziałem - po prostu świetna.
    No i wyjaśniło się, że rzeczywiście zainwestował w redakcję tylko z powodu Catherine. Swoją drogą ciekawy sposób na próbę bliższego poznania.
    Rozdział naprawdę bardzo mi się podobał :)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo dobrze zrobiła:) Tylko chyba musi sobie znaleźć inny środek lokomocji...
    Jestem ciekawa dalszego ciągu... Mam nadzieję, że następny rozdział pojawi się szybciej niż mogę się tego spodziewać:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przepraszam, że dopiero teraz komentuje Twojego bloga, ale jakoś wcześniej nie miałam czasu :( Co do treści to uważam, że nie ma się do czego przyczepić. Zadbałaś o każdy, nawet najmniejszy detal. Opowiadanie jest przepełnione emocjami, bardzo cieszy mnie fakt, że kończąc rozdział tak naprawdę nie mam pojęcia co czeka mnie w następnym :) Wydaje się (i zapewne tak jest) jakbyś wkładała swoje całe serce w to co piszesz. Z taką lekkością, odrobiną poczucia humoru - wszystko idealnie się prezentuje. Na koniec, koniec? Kurczę myślałam, że ten komentarz wyjdzie trochę dłuższy :D Wracając do tematu życzę Ci dużo weny, bo wiem, że czasami nam gdzieś umyka i trudno ją potem znaleźć. Wierze jednak, że Tobie przybędzie jej ze zdwojoną siłą czego będziemy świadkami w następnym rozdziale <3 Pozdrawiam: Avampi.
    PS. Zapraszam do siebie, mam nadzieję, że wpadniesz i ocenisz póki co prolog i pierwszy rozdział <3 http://ever-together-we-sail-into-infinity.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Biedny Jack, zła Catherine. To, żeby taki facet się marnował, to grzech no! Ten akcent z rowerem na samym początku, fajnie wprowadził mnie do rozdziału.
    " Niestety była zmuszona porzucić myśl o porannej jeździe do pracy rowerem i wyobrażeniu, że w czasie podróży wygląda niezwykle dziewczęco, a jej ciemne włosy lekko rozwiane przez wiatr prezentują się znakomicie." - dokładnie tak samo kiedyś myślałam, lecz szybko się z tego na szczęście wycofałam xd
    Co ja mogę powiedzieć? No czekam na kolejne zaloty Greena ;)

    Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  8. świetny blog:)))
    bd regularnie czytać kolejne notki :D
    pozdrawiam i czekam z niecierpliwością na więcej :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Hm, a ja byłam przekonana, że Catherine się złamie i wreszcie przyjmie propozycję Jacka ;) Moja sympatia do niej wzrosła, podobnie jak zainteresowanie pana Browna, bo to stało się z pewnością. Swoją drogą napięcie, które powstaje pomiędzy tym dwojgiem jest wręcz namacalne. Teraz, odkąd Jack nawiązał współpracę ze swoim bratem, będzie mógł widywać Cath bardzo często, ilekroć najdzie go taka ochota. Wydaje mi się, iż pomimo upartości dziewczyna prędzej czy później ulegnie panu Tajemniczemu, z łatwością potrafię go sobie wyobrazić i nie wydaje mi się, aby kobiety mu ulegały tylko ze względu na status ;D
    Podoba mi się. Czekam na ciąg dalszy ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Widzę, że zainteresowanie Catherine Jackem rośnie. Ciekawa jestem kiedy Cath się złamie i się z nim umówi. Mam nadzieję, że niedługo pojawi się nowa notka :)

    PS. Zapraszam na nowy rozdział http://strazniczkajasmine.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
  11. świetnie piszesz. Masz na prawdę ciekawe pomysły...czekam na nową notkę :)

    chciałabym serdecznie zaprosić na mojego nie dawno powstałego bloga, o burzliwej miłości rodziców Harry'ego Pottera.

    http://w-milosci-kazdy-krok-ma-znaczenie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  12. Catherine się nie złamała? Jestem w lekkim szoku, biednyś ty Jack.
    Ale uważam, że im dłużej będzie coś takiego, tym lepsze napięcie, a im lepsze napięcie tym lepszy związek, o!
    Czytając twoje opowiadanie czuję się, jak dziecko, które nie umie pisać.
    Pozdrawiam <3
    [trzymaj-mnie.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
  13. Podoba mi się ;) Cieszę się, że Cath przynajmniej wydaje się być nieugięta. Zdecydowanie bardziej wolę tzw. podchody. Nie lubię, gdy bohaterowie padają sobie od razu w ramiona. No i po raz kolejny muszę pochwalić Twój styl pisania i talent do tego co robisz, kochana ;** Chociaż nie jestem pewna, czy już to zrobiłam ^^
    Nie mam się do czego przyczepić -,- Ciesz się, heh ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Jeju cudowne. Lubię Catherine, jest taka nieugięta. Ciekawe jak długo. Masz talent, tylko zazdrościć

    OdpowiedzUsuń